Kalmar

Polski ślady

w Szwecji

Kalmar

Kalmar – miasto współcześnie liczące 35 tys. mieszkańców. Połączone z wyspą Olandia jednym z najdłuższych mostów w Europie. Położone w południowo-wschodniej Szwecji, nad cieśniną kalmarską. Początki miasta sięgają XI wieku, ale już w czasach prehistorycznych na tych terenach działał człowiek epoki kamiennej. Szczyci się najstarszą pieczęcią w Skandynawii (1255). Na zamku zawarto Unię kalmarską (1397). Przez niespełna rok „gościły” w Kalmarze polskie wojska Zygmunta III Wazy. Było to latem 1598 roku. I to są pierwsze akcenty polskie, w historii miasta.

Cmentarz

Na cmentarzu Norra Kyrkogården w Kalmarze znajduje się wzniesiona w 1994 roku tablica pamiątkowa z nazwiskami 33 osób ufundowana przez Radę Ochrony Pamięci i Męczeństwa z inicjatywy pana Zdzisława Kotlińskiego, byłego więźnia obozów koncentracyjnych. Na tablicy umieszczono napis w języku polskim i szwedzkim:

 

Tu spoczywają więźniowie hitlerowskich obozów koncentracyjnych z okresu II wojny światowej 1939-1945 ofiary największego ludobójstwa w dziejach ludzkości.

 

Polacy pochowani w Kalmarze:

 

Ambroziak Kazimiera

Bulwicki Józef

Brodawski Józef

Bochan Jan

Chełmiński Stanisław

Chojnacki Maksymilian

Drab Ludwik

Denis Gabriel

Góra Stefan

Gawłowski Kazimierz

Kraszewski Stanisław

Kaszycka Maria

Kielak Stefan

Kleba Klemens

Kurowska Krystyna

Menzel Maria

Przysięgniak Kazimierz

Rzempoluch Edward

Rochowiak Franciszek

Rogosz Jadwiga

Swieżak Andrzej

Stryczek Józef

Urbański Stanisław

Wenzel Ruzicka

Wypich Stefan

Wróblewska Janina

Winter Franciszek

Wenżyk Leon

Zykowski Henryk

 

Minęły cztery wieki. Dynastia Wazów utraciła polski tron i ucichł gwar elekcyjnych błoni. Nadeszły mroczne lata zaborów. Dawną świetność opiewały tylko pieśni, poematy i obrazy. W 1939 po odrodzeniu i dwudziestoletnim bycie państwa polskiego, wybuchła najstraszniejsza z wojen. Gdy dobiegła końca, kraj zniszczony, rozszabrowany z tragicznym bilansem ofiar, zalała czerwona zaraza. W 1945 roku, za pośrednictwem Czerwonego Krzyża Szwedzi przewieźli do siebie więźniów ocalałych z niemieckich obozów. I tak do Kalmar trafili Polacy. Niewielu jednak przeżyło, umierali w chwili, gdy wydawało się, że najgorsze już przeszli. Umierali na progu nadziei. Umierali, bo żadne leki świata nie mogły odbudować potwornych zniszczeń organizmu. Garstka ocalałych została, dając zalążek polskiej kolonii. Właśnie z jednym z nich, z człowiekiem o niezwykłym życiorysie: tragicznym, ale także i romantycznym (w szpitalu kalmarskim poznaje swoją przyszłą żonę, Ingę, szwedzką pielęgniarkę, która się nim opiekowała). Byliśmy umówieni na rozmowę, by opowiedział nam o tamtym czasie.

 

Relacja Zdzisław Kotliński, który przez 45 lat opiekował się polskimi grobami w Kalmarze.

 

Do Kalmar przyjechałem w 1945 roku, trafiłem tu prosto z obozu pracy w Niemczech. Była to akcja Szwedzkiego Czerwonego Krzyża, w ramach której udzielano pomocy ludziom z obozów niemieckich. Przywożono nas białymi autobusami. Stąd często wspominamy te białe autobusy, jakbyśmy nazywali niezwykły okres w naszym życiu, właśnie „Białe Autobusy” i każdy wie, o co chodzi. W sumie do Kalmar przywieziono ok. 200 osób w większości byli to Polacy. Wśród nich był m.in. syn burmistrza Gdańska, Klemens Kleba. Wszyscy byli tak wycieńczeni, że nawet nie można było od nich wydobyć najprostszych informacji. Umierali prawie natychmiast, nie zdążywszy nic o sobie powiedzieć. Nie udało się ich uratować. Tyle wiemy, że pochodzili z różnych stron Polski m.in. z Częstochowy, Warszawy, Krakowa. Pamiętam taki charakterystyczny moment (daje to wyobrażenie, w jakim oni byli stanie) – przyniosłem ciastko z cukierni dla kolegi, bo miał takie marzenie. Spoglądał na nie długo, ale nie był w stanie go zjeść, patrzyłem w milczeniu, jak spływały mu łzy z oczu. W niedługim czasie umarł. Ja sam ważyłem 36 kg. i zostałem postrzelony jeszcze zanim Amerykanie ostatecznie wyzwolili obóz. Pilnujący nas Szwaby dosłownie oszaleli. Strzelali do nas, jak do kaczek. W obozie byli także Węgrzy i Francuzi, nikogo nie oszczędzali. Gdy mnie przywieźli do Kalmar, to na cmentarzu było już 36 nagrobków, tych którzy umarli z poprzednich transportów. W szpitalu opiekowała się mną pielęgniarka Szwedka, z którą się ożeniłem i żyję do dziś. 0d 1947 roku chodziłem tu na cmentarz i składałem kwiaty. Nigdy nie zapomniałem o tych nieszczęśliwych ludziach, sam mogłem przecież leżeć wśród nich. Po prostu miałem trochę więcej szczęścia. Mijały lata i często myślałem, co się stanie, gdy umrę? Postanowiłem jakoś upamiętnić miejsce ich pochówku, tak aby pamięć o ich historii nie zaginęła. W latach 70-tych za komuny, byłem w Warszawie. Tam odbyłem rozmowę z niejakim gen. Kwiatkowskim. Obiecał załatwienie płyty i na tym się skończyło. Dopiero kiedy komuna upadła, Andrzej Przewoźnik z Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, potraktował mnie i całą sprawę poważnie. Tak też w 1995 roku, moja idea się zmaterializowała. Stoi tablica upamiętniająca tą tragedię. Szwedzi obiecali, że to miejsce zawsze będzie zadbane. To jest jakaś cząstka mnie. Do dziś z tych więźniów żyje zaledwie kilkoro, w tym człowiek, który przeżył prawdziwe piekło kilku obozów, Stefan Chmielnik. Spełniłem względem nich jakiś swój obowiązek, są na płycie wyryte ich nazwiska. Jedno, co nie daje mi spokoju to to, że ich rodziny nie wiedzą, że właśnie na kalmarskim cmentarzu leżą ich najbliżsi.

 

Zródło: Andrzej Kamiński, www.jasnet.pl.

Zdjęcia

COPYRIGHT © | ALL RIGHTS RESERVED