Arejplog

Polski ślady

w Szwecji

Arjeplog

Arjeplog, mała osada w północnej Szwecji. Na miejscowy cmentarzu wśród wielu typowych szwedzkich grobów, uwieńczonych płytami nagrobnymi i udekorowanych kwiatami, wyróżnia się około dwumetrowy, biały drewniany krzyż. Na krzyżu data: 1944 rok oraz tekst: Här vilar Tadeusz Kohn och Jan Matuszek. Pod spodem także napisy po polsku: Bóg i Ojczyzna oraz Niech żyje Polska. Jeszcze niżej wyryte w drewnie symbole ukrzyżowanego Chrystusa i polskiego orła.

 

Na podstawie poszukiwań przeprowadzonych w szwedzkich archiwach oraz wyjaśnień Centralnego Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach - Opolu, udało się ustalić następującą historię.

 

Zmarłymi byli 24-letni Tadeusz Kolin (na krzyżu widnieje nazwisko Kohn, ale z dokumentów wynika, że w grobie spoczywa Tadeusz Kolin urodzony w Nowych Gutkowicach) oraz około 34-letni Jan Matuszek. O drugim z mężczyzn wiadomo niewiele. Znany jest jedynie przydzielony mu przez Niemców numer identyfikacyjny. Numer ten umieszczony był na tabliczce zawieszonej na sznurku wokół jego szyi.

 

Tadeusz był z zawodu stolarzem i w 1944 roku jego najbliższą rodzinę stanowiła matka, zamieszkała w Łodzi przy ulicy Prinz Eugenstrasse 44. Nazwisko ojca było nieznane, nosił więc on po matce nazwisko Kolin. Z innego dokumentu wynika, że jego najbliższą krewną była Stanisława Kolin, zamieszkała w Rudzie Pabianickiej przy ulicy Grapickiej 44 a. Być może była to matka, zamieszkała wówczas pod innym adresem.

 

Kolin i Matuszek byli uczestnikami polskiej kampanii wrześniowej 1939-go roku. Kolin, należący do oddziałów zaopatrzeniowych, został wzięty do niewoli 13 września w Żelechowie. O Matuszku wiadomo jedynie, że i on był uwięziony. Obaj mężczyźni po pewnym czasie trafili do obozu Stalag I A – Stablack (w Stabławkach) i dnia 31 grudnia 1940 zostali wraz z innymi więźniami przeniesieni do Kriegsgefangenen. Początkowo stacjonował w Oslo, po czym trafił do Trondheim, a następnie do Nesny, zanim ostatecznie został umiejscowiony w Saltdalen w Północnej Norwegii. Zadaniem więźniów miała być budowa linii kolejowej, którą Niemcy chcieli przedłużyć aż do północnych regionow Norwegii. W 1943 roku batalion uzyskał nazwę Baupionier-Bataillon 41, a w jego skład wchodził sztab batalionu oraz trzy kompanie. Wszystkie trzy kompanie tworzyli jeńcy wojenni – pierwszą i drugą Polacy, a trzecią Rosjanie.

 

Kolin i Matuszek należeli do drugiej kompanii, stacjonującej w Storjord. Jej szefem był fanatyk, niemiecki nacjonalista, kapitan Bringmann, traktujący polskich więźniów w okrutny sposób. Na porządku dziennym były uderzenia kolbą i ukłucia bagnetem. Kary te wymierzano za najmniejsze przewinienia. Aby zapobiec ucieczkom, każdego wieczora zabierano więźniom odzież oraz obuwie i umieszczano je na noc w nieogrzewanym pomieszczeniu wartowni. Następnego ranka ubranie, bez względu na jego stan – często mokre – musiało być używane przez jeńców. Puszki z prowiantem, przesyłane przez Czerwony Krzyż, były dziurawione nożem. Próbowano w ten sposób zmusić więźniów do zjedzenia od razu całego dostarczonego prowiantu, zabezpieczając się przed gromadzeniem zapasów żywności, mogących się przydać ewentualnym uciekinierom.

 

Czerwony Krzyż przesyłał więźniom amerykańskie papierosy. Podczas kontroli były one rozdeptywane na kawałki przez kapitana Bringmann lub rozdawane strażnikom. Uderzenia i kopnięcia czekały na jeńców, którzy odważyli się na uwagi. Ze względu na sytuację panującą w kompanii, niemała liczba więźniów decydowała się na ucieczkę. Wielu z nich zastrzelono, ponieważ próby te były najczęściej podejmowane w ciągu dnia, kiedy mieli oni na sobie ubranie.

 

W przeciwieństwie do drugiej kompanii, szefem pierwszej kompanii był ludzki, dobrze traktujący więźniów oficer. Według raportu szwedzkiego Czerwonego Krzyża, do Szwecji nie przybywali uciekinierzy z tej kompanii.

 

Wśród niemieckich oficerów można było trafić na osoby postępujące zgodnie ze swoim sumieniem i obchodzących się z powierzonymi sobie więźniami wojennymi w mniej brutalny sposób. Jeden z oficerów z sąsiednie-go obozu, w cywilu ksiądz z Hamburga, będąc świadomym bliskiego zakończenia wojny, napisał 18 września 1944 roku w swoim pamiętniku:

 

Pracują tu także Polacy, a wśród nich ci, którzy w 1914 roku służyli w niemieckiej armii i zostali odznaczeni krzyżem żelaznym. Sposób, w jaki są oni traktowani jest hańbą dla naszego narodu. Myślę, że to nasze postępowanie jest przyczyną cierpień, które teraz przeżywamy.

 

Do obozów w Norwegii w czasie trwania wojny trafiła duża liczba polskich jeńców wojennych. Wielu Polaków było także wcielonych do niemieckiej organizacji pracy Todt. Części z nich udało się przedostać do Szwecji. Niektórzy Polacy byli zmuszeni do służby w niemieckim Wehrmachcie, ale i oni próbowali ucieczki. Niektóre z niezliczonych prób ucieczek zakończyły się powodzeniem, inne zostały udaremnione przez niemieckie straże graniczne. Zbiegowie byli niejednokrotnie rozstrzeliwani na miejscu. Tych, którym szczęście bardziej sprzyjało, odtransportowano do innych obozów jenieckich w Norwegii. Byli w nich nierzadko brutalne traktowani oraz torturowani. Przypuszczenia o częstych ucieczkach jeńców pracujących przy kolei Nordlandsbanen prowadzącej do Szwecji, zostały potwierdzone przez zeznania wieloletniego dowódcy sił niemieckich w Norwegii, generała pułkownika Nikolausa von Falkenhorst, złożone w lipcu 1946 roku przed sądem zbrodni wojennych w Brunswick. Jeden ze szwedzkich historyków podaje, że tylko w sierpniu 1944 roku przez granicę z Norwegią przedostało się aż stu uciekinierów, a w październiku tego samego roku siedemdziesięciu.

 

O okolicznościach ucieczki Tadeusza Kolin i Jana Matuszka z obozu w Storjord w Saltdalen wiadomo niewiele. W środowisku uchodźców przebywających w Szwecji mówiono, że pierwotnie zbiegło ich trzech. Kolin i Matuszek byli prawdopodobnie zmuszeni do pozostawienia trzeciego kolegi w górach. Aby dostać się ze Storjord do granicy ze Szwecją, oznaczającej wówczas wolność, trzeba było przejść około 25-30 km w trudnym, górskim terenie. Od granicy do najbliższego osiedla po szwedzkiej stronie pozostawało jeszcze do przebycia wiele kilometrów poprzez góry i szerokie, ale konieczne do sforsowania rzeki.

 

Kolin i Matuszek dotarli do granicy. Przekroczyli ją i poruszali się dalej na wschód. Była jesień i w górach leżał już świeży śnieg. Rozpętała się zawieja śnieżna, był mróz, a w dolinach osiadła gęsta, ciężka mgła. Mężczyźni musieli być zarówno głodni, jak i wyczerpani męczącym marszem. Być może błądzili wiele dni po górach, zanim za jedną z rzek zauważyli chatę. Schronienie, które miało być ich ratunkiem, było niezamieszkałą chatą rybacką należącą do kontradmirała Erika Wettera. Aby się tam dostać, jeden z nich musiał przepłynąć rzekę i łódką stojącą na drugim brzegu przetransportować drugiego.

 

Jeden z nich był najwyraźniej chory. Zwymiotował na zewnątrz chaty, jak i wewnątrz, przy posłaniu. Kolega położył go do łóżka, a sam spał obok na podłodze, aby w razie potrzeby być blisko niego. Obaj umarli śpiąc. Wszystko wskazuje na to, że zasnęli w spokoju. Według raportu wezwanego na miejsce zgonu szwedzkiego lekarza, jeden z nich leżał jak dziecko z policzkiem przytkniętym do zaciśniętych rąk. Lekarz uznał, że przebarwienie twarzy oraz inne objawy wskazywały, że przyczynami śmierci były zatrucie czadem i wyczerpanie.

 

Uciekinierów znaleziono 23 października. Zauważyło ich dwóch Lapończyków, którzy przybyli do chaty admirała z zadaniem przygotowania jej do zimy. Meldunek o zmarłych przekazano telefonicznie do miejscowego komendanta policji, który powiadomił lekarza okręgowego w Arjeplog. Następnego dnia komendant z lekarzem polecieli hydroplanem do chaty. Na zarządzenie lekarza, obawiającego się rozprzestrzenienia chorób zakaźnych, spalono używane przez zmarłych ubrania i pościel. Zwłoki mężczyzn zostały przewiezione samolotem-karetką do Arjeplog i umieszczone w szpitalnej kostnicy.

 

W Arjeplog, na podstawie znalezionych przy nich dokumentów osobistych oraz informacji udzielonych przez innego polskiego uciekiniera, nazwiskiem Jacob Mann, zmarłych zidentyfikowano. Jacob Mann był byłym jeńcem wojennym tej samej kompanii, do której należeli znalezieni w chacie mężczyźni. Kilka dni wcześniej podjął on udaną próbę ucieczki. W stacji kwarantanny w Arjeplog znajdowało się wielu Polaków, a także osób innych narodowości – uchodźców z obozów jenieckich w Północnej Norwegii.

 

Następnego dnia, 25 października 1944 roku, mężczyźni zostali pochowani na cmentarzu w Arjeplog. W organizację pogrzebu zaangażowali się Polacy ze stacji kwarantanny. Zmarłych, ułożono w oddzielnych, pomalowanych na czarno i przykrytych polską flagą, trumnach. Wartę honorową przed kostnicą pełnił oddział szwedzkiej samoobrony. Trumny, jedna dźwigana przez polskich uchodźców, a druga przez uciekinierów innych narodowości – minęły szeregi oddziałów samoobrony i zostały umieszczone w samochodzie udekorowanym przez Polaków gałązkami świerku i innych drzew rosnących w lasach, przez które tak wielu z nich się wcześniej przedzierało.

 

O godzinie trzeciej po południu w starym kościele w Arjeplog zaczęły bić dzwony, dając znak do rozpoczęcia tej niecodziennej procesji na cmentarz. Na przedzie, z odkrytą głową, szedł młody, dobrze zbudowany Polak, niosący polską flagę przepasaną czarną wstęgą. Za nim podążał samochód z trumnami, pogrążeni w żałobie polscy koledzy, wojskowy oddział honorowy, miejscowa policja, oddział kobiet, pielęgniarki z izby lekarskiej oraz miejscowa ludność, oddająca w ten sposób ostatni hołd zmarłym żołnierzom. Przy smutnym i donośnym dźwięku dzwonów kościelnych procesja posuwała się powoli w kierunku cmentarza. Na przedzie pochodu w zimnym jesiennym wietrze trzepotała polska flaga. Wszyscy uczniowie i nauczyciele miejscowej szkoły zgromadzili się przy drodze, z odkrytymi głowami żegnając w ciszy mijające ich trumny.

 

Po przybyciu na cmentarz żołnierze samoobrony zdjęli trumny z samochodu i umieścili je przy wykopanej wcześniej wspólnej mogile. Rytuał pogrzebowy, nieco zmieniony ze względu na katolickie wyznanie zmarłych, został odprawiony przez modlącego się o pokój ich dusz protestanckiego księdza. Zaśpiewano kilka szwedzkich pieśni kościelnych. Przy pochylonej polskiej fladze złożono ciała do grobu. Oddział samoobrony wystrzelił salwę honorową. Jeden z młodych Polaków zbliżył się do otwartego grobu i wygłosił mowę w ojczystym języku zmarłych. Jego polscy koledzy stali blisko siebie, przygnębieni, z pochylonymi głowami. Jedynie ich cierpiące i pełne żalu spojrzenia świadczyły, że byli oni pod silnym wrażeniem chwili. Po zakończeniu mowy pożegnalnej Polacy odśpiewali hymn narodowy. Następnie przemówił krótko lekarz okręgowy, a ceremonię zakończyła szwedzką pieśń kościelna w wykonaniu chóru dziecięcego. Lokalna gazeta tak opisała przebieg uroczystości:

 

Wszyscy stali cicho i bez ruchu, tylko w bezlistnych brzozach szumiał wiatr. Wtedy wyszedł na przód niosący chorągiew mężczyzna, stanął na baczność i wrzucił zmarłym do grobu srebrny polski pieniądz. Żaden Polak nie powinien spoczywać poza granicami Polski, nie mając przy sobie godła swojego kraju. Zarówno mężczyzna z chorągwią, jak i jego koledzy podnieśli następnie po garści ziemi i wrzucili je do grobu. Trudno opisać słowami, co działo się w tym momencie w ich sercach. Wiedziała to tylko ziemia, która przyjęła ich kolegów w swoje objęcia.

 

Miejscowa ludność uczestnicząca w pogrzebie podeszła w ciszy do grobu i wrzuciła na trumny wiązanki kwiatów. Później wszyscy w zamyśleniu rozeszli się do domów, do codziennych obowiązków. Polscy koledzy zbili i pomalowali następnego dnia duży drewniany krzyż, który później umieszczono na grobie. Krzyż ten stoi tam do dziś, przypominając o polskich żołnierzach, spoczywających w obcej ziemi, daleko od swojej ojczyzny.

 

Na grobach ich rodaków, którzy w czasie wojny stracili życie w Norwegii i zostali pochowani na norweskich cmentarzach, nie było ani krzyża ani godła narodowego. Nie godziło się na to powojenne komunistyczne przedstawicielstwo dyplomatyczne PRL w Oslo. Dopiero po przemianach w 1989 roku, na polskich grobach wojennych w Norwegii można było umieścić krzyże chrześcijański i symbol polskiego orła białego

 

Bjorn Bratbak: Polskie groby wojenne w Arjeplog. Nowa Gazeta Polska nr 10/2002

Zdjęcia

COPYRIGHT © | ALL RIGHTS RESERVED